2014-01-25(Aktualności)

TO ARCHITEKTONICZNY i ESTETYCZNY DESANT ZA PLECAMI MIESZKAŃCÓW

Głos socjolożki o realizowanym projekcie zagospodarowania placu Asnyka na Jeżycach.
Tekst powstał z inicjatywy stowarzyszenia Prawo do miasta.

„To nie będzie zwykłe miejsce zabaw”. A szkoda, bo takich „zwykłych”, nie tkniętych racjonalizatorską ręką, sięgającą najczęściej po katalogowe (bo najbezpieczniejsze) plastikowe sprzęty w jaskrawych (bo kojarzących się z dziecięcością) kolorach i za standard stawiających poliuretanowe nawierzchnie, zaczyna w mieście powoli brakować. W tym sensie, dotychczasowy plac Asnyka był dość niezwykłym „zwykłym” placem zabaw.

Dlaczego „stary” plac był atrakcyjny?

Po pierwsze – plac Asnyka był przestrzenią polimorficzną, co w skrócie oznacza, że mimo oczywistego zdominowania przez funkcję zabawy, można było wykorzystać ją na wiele różnych sposobów. Dość spore boisko służyło nie tylko do gry w piłkę (zakaz gry w piłkę obowiązuje chyba na większości poznańskich podwórek), ale także do rysowania kredą tymczasowych scenariuszy zabawy, do nauki jazdy na rowerze, mogło służyć również jako przestrzeń warsztatowa, wystawiennicza, kiermaszowa, piknikowa, jako letnie kino latem i – dlaczego by nie – mini lodowisko zimą. Myślę, że Aldo Van Eyck, holenderski architekt będący autorem ponad 700 placów zabaw w powojennym Amsterdamie, zgodziłby się, że była to idealna „międzyprzestrzeń” - miejsce wyjątkowe na planie miasta: między domem a przestrzenią publiczną, między zabawą a życiem codziennym, między dzieckiem a miastem, potencjalna przestrzeń dla integracji lokalnej społeczności i współdziałania.

Wysypana piaskiem przestrzeń zabawy – choć oczywiście niewolna, jak większość przestrzeni w mieście, od niebezpieczeństw w postaci niedopałków, psich i kocich odchodów, potłuczonych butelek, sama w sobie stanowiła ważny element wyposażenia (atrakcyjny choćby przez kontrast z dominującym brukiem i asfaltem), dość duży metraż placu również sprzyjał intensyfikacji doznań bawiących się na nim dzieci, podobnie, jak obecność zieleni czyniła plac swoiście „organiczną”, chciałoby się powiedzieć „ludzką” przestrzenią. Dzięki tej przyjaznej „ramie”, mimo dość skromnej jak na katalogowe standardy oferty urządzeń do zabawy, na placu Asnyka zawsze można było spotkać bawiące się dzieci – korzystające głównie z „wieloosobowych”, integrujących i umożliwiających wspólną zabawę sprzętów – jak właśnie piaskownica (całkiem spora), szeregi drabinek czy drewnianych pojazdów. W wizualizacji nowego miejsca zabawy, dość okrojonego, wyłożonego poliuretanem, który boleśnie wydziela dostępną dzieciom przestrzeń pozostającą w rażącym kontraście z granitową kostką, widoczne były głównie urządzenia jednoosobowe i jednofunkcyjne (vide bujane koniki), które dość szybko dzieciom się nudzą i, co więcej, przeznaczone są głównie dla tych najmłodszych.

Bardzo ważną specyfiką dotychczasowego placu Asnyka było więc takie zaprojektowanie i wyposażenie przestrzeni, że jednocześnie mogły bawić się tam dzieci młodsze i spędzać czas te starsze, które najtrudniej jest zagospodarować w kontekście zabawy na świeżym powietrzu. Ważną cechą dotychczasowych urządzeń zabawowych na placu był również ich nie-wprost dziecinny i dookreślony charakter: neutralne kolory, mocna drewniana konstrukcja, dużo drabinek do wspinania, rama piaskownicy służąca jako równoważnia, dających - przy bezpiecznym podłożu - doskonałe warunki do ćwiczenia sprawności. Podobnie wykorzystywany jest plac zabaw dla starszych dzieci w OJ na ul. Bukowskiej, gdzie również dominuje piaskowe podłoże, a urządzenia służą nie tylko do zabawy, ale również do ćwiczeń dla parkourowców. Czy funkcję starszakowego placu zabaw będzie mogła przejąć część placu przeznaczona na siłownię dla dorosłych? Dość ograniczający wydaje się zresztą podział: plac zabaw dla dzieci i siłownia dla dorosłych (praktyka pokazuje, że korzystają z niej zarówno dzieci, jak i młodzież, dorośli i seniorzy), choć sam pomysł, by te dwie funkcje znalazły się w jednym miejscu może być przyczynkiem do stworzenia przestrzeni międzypokoleniowej zabawy, bardzo ważnej z punktu widzenia nabywania kompetencji społecznych przez dzieci i doświadczania przez nie świata (integracja, ale też negocjowanie przestrzeni). Czy pomysłodawcy i projektanci zakładają możliwość połączenia (funkcji, formy) tych dwóch elementów (siłowni i placu zabaw), tak by dzieci i dorośli mogli wspólnie spędzać czas i by maksymalnie wykorzystać możliwości, jakie oferuje przestrzeń placu?

Ponadto - rzecz istotna w kontekście długoterminowości realizacji projektu: jeśli montaż urządzeń do zabawy przewidziany jest na późniejszy termin, gdzie i w jaki sposób dzieci będą mogły spędzać czas do tego czasu? Obecność urządzeń zabawowych dla dzieci na placu można potraktować w pewnym sensie jako gwarancję tego, że dzieci mogą w tej przestrzeni przebywać i że to raczej dorośli - rzecz dość niespotykana w szytym głównie na dorosłą miarę mieście - są tutaj na prawach gości. Co mają robić na placu Asnyka dzieci, dopóki te urządzenia się tam nie pojawią? Czy sama przestrzeń będzie dla nich bezpieczna i stymulująca? Warto pamiętać, że ostatecznie - poza piaskownicą - sprzęty i urządzenia zabawowe jako takie nie są koniecznym wyznacznikiem przestrzeni zabawy dla dzieci; to raczej przyjazna i stymulująca architektura miejsca (dość przyjrzeć się projektom naturalnych placów zabaw), coś co zachęca do eksploracji, jak różne poziomy i faktury nawierzchni, na przykład długi murek o zmiennej wysokości, elementy mobilne, dźwiękowe (takich pozornie minimalistycznych, ale w praktyce niezwykle stymulujących placów zabaw jest naprawdę sporo). Dziecięcość w mieście jest nieoczywista, bruku mamy pod dostatkiem.

By plac zabaw był dla dzieci przestrzenią atrakcyjną, nie tylko polem ćwiczeń zdolności motorycznych (choć to ważne ćwiczenie), ale również miejscem integracji, poznawania świata, wchodzenia w interakcje, zarówno z dziećmi, jak i dorosłymi, ważne jest, aby była to przestrzeń dająca się manipulować. Piasek się do tego świetnie nadaje, ale też w takiej przestrzeni powinien być możliwy kontakt z zielenią, żeby można było wchodzić na trawnik, wspinać się na drzewa, chować w zagajniku, powinna ona umożliwiać również pewną dozę intymności, prywatności na tzw. zabawy dramatyczne, z podziałem na role, na fantazjowanie. Dotychczasowy plac Asnyka dawał taką możliwość, choć oczywiście sprzętom przydałby się lifting, dawał przestrzeń do spontanicznej, swobodnej, a jednocześnie bezpiecznej zabawy.


O nowym projekcie – krytycznie

„Salon”, który przewija się w opisie projektu, jest pojęciem nobilitującym i jednocześnie dyscyplinującym. Samo jego brzmienie przywołuje, choć to może subiektywne wrażenie, ryciny XIX wiecznych europejskich parków miejskich, po których przechadzali się dostojni mieszczanie w odświętnych strojach i dzieci dające się grzecznie prowadzić za rękę surowym bonom. Do takich parków nie każdy zresztą miał wstęp, gdyż przy bramie procesem weryfikacji i selekcji zawiadywał dozorca, odsiewający ziarno od plew. Jeśli park, który pierwotnie był rodzinnym ogrodem, ma stać się salonem miejskim – kto będzie czuł się w nim jak u siebie? Czy taka jest zresztą w ogóle idea salonu? To zawsze przecież scena domowego teatru, wymagająca zupełnie innego repertuaru zachowań, niż bezpieczne kulisy kuchni czy właśnie – bawialni. Jaka idea stoi za tak zdefiniowaną przestrzenią? Co inicjatorzy i wykonawcy projektu wyobrażają sobie jako zestaw działań oferowanych przez tak zaprojektowaną przestrzeń?

Martwi więc w projekcie radykalna zmiana definicji miejsca i zniesienia (drastycznego zredukowania) jego dotychczasowego „dziecięcego” statusu – tu warto wspomnieć, że urbaniści i badacze miasta już od dłuższego czasu obserwują postępujące wymazywanie dzieci z miejskich przestrzeni publicznych, zamykanie ich w „gettach” hiperbezpiecznych placów zabaw, kryminalizowanie zabawy, która odbywa się poza ich ramami – na krawężnikach, chodnikach. Prawo dzieci do miasta, które amerykański urbanista i architekt Kevin Lynch tłumaczył między innymi właśnie jako prawo do przestrzeni – do przebywania w niej, do swobodnego poruszania się po niej, a także współdecydowania o niej, jest słabo respektowane...
Martwi w nim również przyjęta logika estetycznej rewitalizacji: bruk, sztuczny mech i upamiętnianie. Taka miejska antyseptyka, jak ładnie to ujął Maciej Frącowiak, jest o tyle niebezpieczna, że oczyszczanie publicznych przestrzeni – tych „złych”, „brzydkich” – odbywa się nie przez ich komercjalizację (centra handlowe) czy pragmatyzację (parkingi), ale właśnie swoiście rozumiane upiększanie i upamiętnianie. To na przykład geometryczne kwiatowe wzory na miejskich klombach czy pasach ziemi rozdzielających nitki ulicy, przekształcanie (pozornych) nieużytków w skalniaki, kompozycje krzewów, wykorzystywanie zieleni jako narzędzia anektowania przestrzeni tam, gdzie nie życzymy sobie życia społecznego – nie deptać trawników!, to kolejne pomniki zawłaszczające i reglamentujące sposoby używania danego miejsca czy meble miejskie dyscyplinujące ciała (jak kamienne ławki bez oparcia).


Jak do tego doszło?

Kolejną niepokojącą kwestią związaną z rewitalizacją placu Asnyka jest brak konsultacji proponowanych zmian z mieszkańcami Jeżyc. Czy ktoś w jakiś sposób zbadał, jak do tej pory używany i odbierany był plac, kto i w jaki sposób z niego korzystał, czy i jakie były skargi na dotychczasowych użytkowników czy samą przestrzeń – czy, mówiąc innymi słowy, została postawiona diagnoza potrzeb związanych z ewentualnymi zmianami? Mamy do czynienia z dość gruntowną redefinicją przestrzeni od pokoleń będącej miejscem zabaw, wrośniętej w ten fragment Jeżyc właśnie jako taka, będącą punktem odniesienia dla tożsamości i wspomnień. Oczywiście w Poznaniu jest sporo innych placów zabaw, i kilka płatnych małpich gajów, jak również place zabaw w centrach handlowych. Nie o to jednak chodzi, że mieszkańcy oponują, bo tak im wygodnie i nie chce im się zabrać dzieci na na przykład na Sołacz (a warto przy tym pamiętać, że mobilność przestrzenna dorosłych jest przecież zupełnie niewspółmierna do możliwości swobodnego przemieszczania się dzieci i tym bardziej warto dbać o zapewnienie dzieciom możliwości samodzielnej, choć bezpiecznej eksploracji najbliższej okolicy, co jest niezwykle ważne z punktu widzenia ich rozwoju) – tym bardziej, że z dobrodziejstwa placu Asnyka korzystali nie tylko mieszkańcy okolicznych kamienic, ale również dzieci z pobliskiego przedszkola i inni Jeżyczanie). Badacz dziecięcej partycypacji Roger Hart niejednokrotnie podkreślał wagę takich lokalnych przestrzeni zabawy i wypoczynku dla socjalizacji dzieci – w kontakcie z dorosłymi, w żywej tkance miasta, gdzie można doświadczać codziennego biegu miejskiego życia.
Wielu badaczy współczesnego dzieciństwa zwraca uwagę na fakt jego „zanikania” - co, prócz rosnącej strukturalizacji i profesjonalizacji czasu dzieciństwa, przekłada się również na wymazywanie dzieci z przestrzeni publicznych, ich przestrzenną marginalizację. Miasto w dużej mierze nie jest projektowane z myślą o dzieciach ani z uwzględnieniem ich potrzeb i pomysłów (i nie chodzi tutaj tylko o ilość huśtawek i zjeżdżalni, ale na przykład o bezpieczne szlaki piesze, o dostęp do nieucywilizowanej zieleni, o przyjazną dzieciom architekturę i usługi), zostają im więc w miastach w zasadzie tylko place zabaw - ostatnie bastiony względnej autonomii. Jeśli ich zabraknie – co wtedy?

W sporze o plac Asnyka chodzi raczej o sprzeciw mieszkańców wobec architektonicznego i estetycznego desantu, dokonanego w znacznej mierze za ich plecami.

Co dalej?

Być może plac w dotychczasowym kształcie nie zaspokajał wszystkich potrzeb mieszkańców, czy to wyartykułowanych wprost czy tych domyślnych, jakkolwiek trudno jest znaleźć przestrzeń, która byłaby w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby wszystkich jej aktualnych i potencjalnych użytkowników. Tym bardziej jednak warto tak gruntowne zmiany poddać szerszej dyskusji i powinno być to w demokratycznym społeczeństwie raczej regułą, zwłaszcza na poziomie lokalnym, niż wymagającym szczególnych petycji wyjątkiem. Co więcej, warto do tej dyskusji zaprosić również dzieci, które nie mają bezpośredniej politycznej reprezentacji ani formalnego prawa głosu. Jednak jako najaktywniejsi użytkownicy dotychczasowego placu mogą pomóc spojrzeć na niego z perspektywy, która być może nie rysuje się na horyzoncie wyobraźni projektantów i pomysłodawców, pomogą zwrócić uwagę na kwestie ważne z punktu widzenia użytkownika, a mniej istotne dla estetyki miejsca. Włączenie mieszkańców w proces podejmowania decyzji może pomóc również w ich identyfikacji z nowym miejscem, co pozwoli lepiej zadbać o nie w przyszłości; będzie też z pewnością doskonałym (choć niewolnym od wyzwań) treningiem w rozwiązywaniu problemów i tworzeniu sprawnie działającej społeczności.

Warto, mówiąc inaczej, podejść do projektowania placu Asnyka nie tylko z perspektywy jego wyglądu, ale również tzw. placemakingu, czyli strategii wytwarzania miejsca, rozumianego jako miejsce relacji, spotkań projektowania raczej działań i interakcji, jakie przestrzeń ma stymulować niż materialnego meblowania samej tej przestrzeni. Placemaking wyrasta z istniejącego potencjału społeczności, z potrzeb jej członków i służy tworzeniu życia społecznego w publicznych przestrzeniach, więc jeśli za propozycją salonu mają stać jakieś założenia, co do funkcji miejsca, warto wiedzieć, jak te funkcje skutecznie zaprojektować.
A trudno zrobić to bez wysłuchania głosu ludzi, którzy tworzą to miejsce.


Dr Maja Brzozowska-Brywczyńska
Zakład Badań Kultury Wizualnej i Materialnej
Instytut Socjologii, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu





konsola